Grupa EPL

"Gdy trwoga, to do Platformy"

Głęboko mylą się ci, którzy oskarżają PO, że jest jedynie anty-PiS-em. Walka z partią Kaczyńskiego jest po prostu obecnie najwyższym priorytetem, tak jak gaszenie pożaru w domu jest zawsze ważniejsze od dyskusji o nowym systemie czujników przeciwpożarowyc

Zachęcamy do zapoznania się tekstem prof. Rosatiego, który ukazał się na łamach Gazety Wyborczej.

„Wyborcza” nie rozpieszcza Platformy Obywatelskiej. Najpierw Jacek Żakowski grozi, że będzie głosować na PiS, jeśli PO nie zmieni swojego liberalnego podejścia do polityki ekonomicznej, i dodaje, że woli „brunatny dramat od czarnej katastrofy” („PO brzytwy się chwyta”). Następnie Marek Beylin, głęboko rozczarowany obecnymi liderami PO i Nowoczesnej, ogłasza casting na nowego przywódcę opozycji i daje do zrozumienia, że marzy mu się ktoś liberalno-lewicowy, spoza obecnego establishmentu, najlepiej ktoś taki jak Macron („Co zamiast IV RP”, 1-2 lipca). Beylin krzywi się także na Donalda Tuska, twierdząc, że symbolizuje zużytą Platformę i kojarzy się z Polską, którą wyborcy odrzucili dwa lata temu.

Jeszcze dalej idą radykalni „symetryści” w osobach Stanisława Skarżyńskiego czy Jakuba Majmurka, którzy przekonują, że rywalizacja między PO i PiS-em jest pozorna, a obu partiom chodzi w istocie tylko o utrzymanie duopolu w sprawowaniu władzy. Obywatele mają więc rację, odwracając się plecami od takiej polityki.

Platforma jest w ich oczach warta nie więcej niż PiS. Nie rozliczyła się z błędów przeszłości, nie ma programu na przyszłość i na dodatek ma kiepskich liderów.

***

Szkoda, że w tej dyskusji emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem – wyniosła odmowa uznania realiów świetnie służy interesom partii rządzącej. Weźmy Marka Beylina. Pytając, „co zamiast IV RP”, wpisuje się gładko w PiS-owską propagandę o „Polsce w ruinie” i o konieczności zerwania z III RP. A jeśli w innym miejscu pisze, że wygrana Platformy w następnych wyborach oznacza „pyrrusowe zwycięstwo, bez nadziei na Polskę lepszą niż pod rządami PiS”, czytelnik przeciera oczy ze zdumienia. A na Nowogrodzkiej biją brawo.

Wybrzydzanie na PO i stawianie znaku równości między nią i PiS-em, nawet jeśli ma być tylko intelektualną prowokacją, staje się w Polsce nową polityczną poprawnością.

Każdy może mieć własną ocenę ośmiu lat rządów PO, ale od poważnych publicystów poważnej gazety można oczekiwać więcej obiektywizmu. Polska miała w tym czasie najlepsze wyniki ekonomiczne w Europie, rosły wynagrodzenia i emerytury, malało rozwarstwienie dochodowe i majątkowe, kurczyły się obszary biedy, rosły wydatki na politykę rodzinną i społeczną, skutecznie wykorzystywano unijne pieniądze. To wszystko osiągnięto pomimo najgłębszego od wielu lat kryzysu gospodarczego. Jasne, popełniano błędy i zaniechania, ale konia z rzędem temu, kto wykaże, że jakikolwiek inny rząd poradziłby sobie lepiej. „Symetryści” wolą tego nie widzieć i wciąż domagają się od PO samokrytyki – i to nie tylko za ostatnie lata, ale też za całą wolnościową transformację po 1989 roku.

Tymczasem PiS na naszych oczach dokonuje ordynarnego skoku na państwo. Partia Kaczyńskiego zdemolowała Trybunał Konstytucyjny, podporządkowała prokuraturę partyjnym politykom, opanowała media publiczne i przekształciła je w swoją tubę propagandową, zlikwidowała apolityczną służbę cywilną, obsadziła Misiewiczami i Sadurskimi setki stanowisk w spółkach skarbu państwa, toleruje przemoc na ulicach i w komisariatach. No i skompromitowała się w potyczce o stanowisko szefa Rady Europejskiej. Cynicznie przekupując wyborców rozdawnictwem pieniędzy, zadłużyła państwo na ponad 100 mld zł. A przejęcie kontroli nad sądami i sędziami oznacza powrót do PRL-u. Niezły bilans zniszczeń jak na półtora roku rządzenia. Naprawdę trzeba być ślepym, żeby nie widzieć różnicy między PiS-em i Platformą.

***

„Symetryści” odpowiadają na te argumenty wzruszeniem ramion. Skarżyński tłumaczy zawile („Wyborcza”, 8-9 lipca), że korzystają z prawa do odmowy udziału w życiu politycznym. Ma to być kara dla III RP za to, że zamiast kontynuować socjalistyczną utopię, poszła w kierunku kapitalizmu.

No to mam dla nich złą wiadomość. Mogą mieć w nosie to, kto rządzi Polską, mogą demonstracyjnie nie interesować się polityką, ale polityka prędzej czy później zainteresuje się nimi. Gdy obecna władza zafunduje im kolejne nakazy i zakazy, gdy odbierze im prawo do sprawiedliwego sądu, gdy cenzura zamknie niezależne teatry, a w kinach będą oglądać wyłącznie obrazy w rodzaju „Smoleńska”, gdy kolesie Błaszczaka i Ziobry wejdą z butami do ich prywatnego życia, „symetryści” przekonają się na własnej skórze, że postawa „moja chata z kraja” nie zapewnia ani wolności, ani równości. Bo partia Kaczyńskiego nie uszanuje żadnej niezależności, także tych, którzy – jak z dumą oznajmia Skarżyński – nie dali się nabrać na wojnę „dwóch zwalczających się plemion”. Ale Polska jest areną znacznie ważniejszego konfliktu niż tylko PO kontra PiS. Tu toczy się walka o to, czy będziemy częścią cywilizacji zachodniej, czy postsowieckim bantustanem.

Równie naiwne jest oczekiwanie na pojawienie się znikąd nowego przywódcy. Publicyści zerkają w lewo, marząc o polskim Macronie. Będzie z tym kłopot, bo lewica nie cieszy się nadzwyczajnym poparciem, a jej liderzy są skłóceni i bez pomysłu na Polskę. Te lewicowe ciągoty są zarazem głównym źródłem niechęci do Tuska i Schetyny. Jest to szczególnie niezrozumiałe w stosunku do byłego premiera. On akurat po 2007 roku wygrywał wszystkie wybory, w których startował, i ma nadal solidne poparcie w szeroko pojętym elektoracie centrowym. Mogę zrozumieć, że dla Beylina czy Żakowskiego Tusk jest za mało lewicowy, ale proszę o więcej opanowania i rzetelności.

Mogę też zrozumieć, że publicyści „Wyborczej” nie lubią Schetyny, który – podobnie jak Tusk – nie był i nie jest człowiekiem lewicy, ale mimo wszystko zdumiewa wyjątkowo ostra krytyka pod jego adresem. Po pierwsze, zarzucać – jak czyni Marek Beylin – „demokratyczny analfabetyzm” człowiekowi, który w czasach PRL-u działał w podziemnej opozycji, a po 1989 roku konsekwentnie stał po stronie wolnościowych reform, jest nie tylko nieeleganckie, ale po prostu nieuczciwe. Po drugie, to Schetyna poderwał Platformę do walki po przegranych wyborach, organizując Kluby Obywatelskie, wizyty posłów na prowincji i reaktywując dialog z wyborcami. Jasne, nie każdemu Schetyna musi się podobać, ale osądzajmy go po politycznych dokonaniach, a nie po tym, czy i jakie pali cygara.

Atakując Platformę, Beylin z Żakowskim przede wszystkim obiektywnie działają na korzyść PiS-u. Ale też nie dostrzegają pozytywnej ewolucji w naszej partii, większego otwarcia się na obywateli, uwrażliwienia na potrzeby słabszych i potrzebujących pomocy. Platforma ma pomysł na Polskę po 2019 roku, wystarczy zapoznać się z naszym programem „Polska obywatelska 2.0”. Publicyści znajdą tam sporo myśli zbieżnych z ich propozycjami – choćby w takich sprawach jak wzmocnienie ochrony pracowników czy praw kobiet. Chętnie będziemy dyskutować.

Głęboko mylą się ci, którzy oskarżają PO, że jest jedynie anty-PiS-em. Walka z partią Kaczyńskiego jest po prostu obecnie najwyższym priorytetem, tak jak gaszenie pożaru w domu jest zawsze ważniejsze od dyskusji o nowym systemie czujników przeciwpożarowych. Jeśli liberalni publicyści rzeczywiście nie chcą żyć pod władzą PiS-u, niech nie atakują tych, którzy – jako jedyni – mają realne szanse, aby tę władzę wyrzucić na śmietnik.